środa, 2 lipca 2014

LFO : SOUNDGARDEN I CLAPTON - tak było

Tekst: Paweł Lach
foto: Darek Ptaszyński

Chciałem napisać wprost i dosadnie, bez krztyny przesady, że rockowi weterani mają się znakomicie! Bez ojców założycieli muzyczny świat nie miałby sensu, byłby martwy i płaski jak dno słonego jeziora na pustyni w Utah. My wszyscy z nich. Młodzi grajkowie uczcie się, błagam. Bierzcie przykład z najlepszych, a Soundgarden i Eric Clapton zaliczają się do Ekstraklasy, co udowodniły koncerty w ramach "Life Festival Oświęcim 2014".



Legenda grungu po raz pierwszy w Polsce. Eric po wielu latach nieobecności. Wciąż są drogowskazami na rockowej mapie do absolutu. 
Soundgarden pełni energii, z riffami, które można by umieścić w multimedialnej encyklopedii pod hasłem "rock". Gdybym chciał skutecznie wytłumaczyć zagubionemu w buszu plemieniu, jaką siłę mogą mieć gitarowe przestery, zabrałbym lud z dzidami w rękach na ich koncert - pewnie skończyłoby się krwawą jatką w pogo. Na "Life Festival" jak za dawnych lat w Seattle, gdy liczyła się siła i szczerość muzyki, kiedy nic nie było udawane. Grunge "Is Not Dead", panie i panowie!




Eric Clapton to klasa sama w sobie. Mistrz i doskonały wianuszek otaczających go muzyków, grających z feelingiem, wyczuciem, klasą. Oni czują tę muzykę całym sobą i nic więcej nie ma znaczenia, bo bluesa nie należy zrozumieć, ale poczuć właśnie. Przez dłuższy czas koncertu Claptona miałem zamknięte oczy, bo przepływały przeze mnie dźwięki dające radość. Bóg, bez względu na to, jakim imieniem go nazywamy, dał ludziom tę prostą z pozoru muzykę, by niosła radość w największym zwątpieniu. Przekonuję się o tym zawsze, gdy słyszę bluesa na żywo. Doprawdy trudno mi pojąć, po co komuś narkotyki, morza alkoholu, psychoterapie. Szczęście może przynieść gitara, jeśli tylko wezmą ją do ręki odpowiedni ludzie. 
piątek i sobotę impreza, przynajmniej w najważniejszym - muzycznym - wymiarze przeniosła się na murawą oświęcimskiego MOSiR-u. Pierwszy dzień dla legendy z Seattle. Dzięki tegorocznej edycji LFO zapełniła się być może ostatnio wielka plama w temacie koncertów rockowych gwiazd w naszym kraju. Parę tygodni wcześniej Pixies, teraz ekipa Soundgarden.


W końcu się wszyscy doczekali. Pozdrowieni przez fanów ułożoną z podniesionych do góry kartonów polską flagą i napisem witającym w naszym kraju,
Soundgarden pokazali, że są w znakomitej formie. Można powiedzieć, że Kim Thayil, Chris Cornell i Ben Shepherd to już nobliwi dżentelmeni. Daj Boże jednak tyle zdrowia i energii młodym   kapelom, które próbują zawojować świat! Będę się powtarzał, ale muzycy rockowi muszą być młodzi- młodzi duchem oczywiście, ze szczyptą niepokorności czającej się gdzieś podskórnie, która popycha do przodu rockowy cyrk od lat. Niech o ich poczuciu wartości świadczy to, że największe "przeboje" dali praktycznie na początek.
A przynajmniej Soundgarden zaprezentował w pierwszym akcie to, co wielu trzymałoby na bis. Odgłosy jak z wiejskiego sioła, pianie koguta i diabelski głos na wstęp - wiadomo o co chodzi - zaczęli od "Searching With My Good Eye Closed". A potem był m.in. "Spoonman", 

"Outshined", "Black Hole Sun" i "Jesus Christ Pose", przyjmowane z wielkim entuzjazmem. Czyli już na wstępie energia, moc, siła, ciężar - kawałki, za które będą pamiętani i w czasach, gdy nasze Słoneczko stanie się czerwonym karłem. Emocje wcale nie siadały, ani na moment. Nawet gdy w przypadku "Jesus Christ Pose" nie obyło się bez problemów technicznych na początku. Ale przecież szaleńczy perkusyjne wstęp można było przedłużyć. Dla sekcji rytmicznej ten kawałek to prawdziwy maraton, pokaz precyzji i kondycji, ale się udało. Pewnie, żal że Matt Cameron nie mógł przybyć do nas, ale jego imiennik, Mr. Chamberlain dawał radę.

Występ Soundgarden w Oświęcimiu to prawdziwe "The Best Off" na żywo, przetykane rzeczami mniej oczywistymi. Bo czy twarz się nie cieszy, gdy do uszu docierają dźwięki "Flower", z pierwszej płyty, pamiętające czasy, gdy przygrywali gdzieś w garażu w Seattle, snując plany o wielkiej karierze? Nie stronili oczywiście od najnowszych kawałków, a że nie mają się czego wstydzić, to świeże rzeczy (ale jakże klasycznie brzmiące) nie odstawały poziomem od dawnych hitów. Majestatyczny "Blood On The Valley Floor", czy singlowy "Been Away To Long" wdzierające się w głowę z siłą kroczącego triceratopsa, podobały się ludziom także i udowodniły, że zespół nie musi odcinać kuponów od dawnej sławy. No cóż, są kapele na świecie, którym nie zdarzają się wypełniacze i płyty słabe. Cornell komplementował publiczność, ale nie wdzięczył się sztucznie i nadmiernie. Złapał za to Polskę flagę i zawiesił sobie na ramionach. Na niej napis: "See U Soon". Mam taką nadzieję. Chris opowiadał jak to byli wraz z Guns'n'Roses u wrót naszego kraju i że bardzo chcieli u nas zagrać. Znamy tę historię. Dłuuuuuugo czekaliśmy, to fakt.

Podczas koncertu przypomnieli o okrągłej, dwudziestej rocznicy wydania płyty "Superunkown" - z niej właśnie najwięcej kawałków wybrzmiało, chociażby zadziorne "My Way", bujające "Let Me Drown" i "Fell on Black Days", mocne "Superunknown" i hipnotyczne "The Day I Tried To Live", a także zagrane na sam koniec regularnego setu "4th of July". W wersjach na żywo przypomniały, dlaczego płyta jubilatka odniosła tak oszałamiający sukces i pokryła się multiplatyną. Ale ci (w tym ja), którzy cenią ich najbardziej za "Badmotorfinger", też mogli się cieszyć, bo po początkach wybitnie osadzonych w rejonach "Pamiętnego Roku 1991", dostaliśmy też "Rusty Cage" w okolicach finału (ach te ciężkie zwolnienia!). Z niesłusznie niedocenianej "Down On the Upside" ucieszyło mnie bardzo "Burden In My Hand" i "Blow Up The Outside World". A że stadion MOSiRu wypełniała w większości "kumata" publiczność, to musiały fanom podobać się i starocie (nie zakurzone!) z czasów, gdy ich basistą był Japończyk Hiro Yamamoto. Taki "Beyond the Wheel" na bis, z debiutu, z Cornellem odprawiającą swą rockową mszę w falsetowym forte, ucieszyły tych wszystkich, dla których grunge był czymś ważnym. Można następnym razem coś z "Louder Than Love?"
Zeszli ze sceny nie pozastawiając złudzeń, że są świetni. 
Kim pozwolił sobie jeszcze na egzorcyzmy nad sprzężoną gitarą. I to by było na tyle. Właściwie nie mogli lepiej skroić playlisty. Owszem każdy ma swoje ulubione kawałki i wolałby to, czy tamto, ale było cudownie. Niech tylko nie dają na siebie czekać kolejnych dwudziestu lat. Ja przynajmniej tyle czekałem. Pamiętam, że jako dziesięciolatek męczyłem mamusię, by zakupiła mi ich koszulkę na lokalnym bazarze. Boże, nigdy bym się wtedy nie spodziewał, że wpadną po sąsiedzku. Zapewnili, że nie będę tęsknić aż tak długo. Trzymam za słowo!
W sobotę support bezpośrednio przed swoim idolem zagrała Edyty Bartosiewicz, której polecać nie trzeba, bo pewnie każdy zna choć kilka jej przebojów. 
Pogodna, uśmiechnięta, ciepła dla publiczności przypomniała sporo swoich hitów, by wymienić "Zegar", czy "Przemoknięte serca miast". Niektóre ("Jenny" lub "Szał") w mocno zmienionych aranżacjach. Czy bardziej przekonywujących?  



Cóż, opinie mogą być różne, choć na pewno odświeżyło to trochę te piosenki i nadało im nowy charakter. Daleki od oryginału, ale ciekawy i dość zaskakujący okazał się kower Joy Division "Love Will Tear Us Apart". Z gitarą w dłoniach, z rockowym składem obok, zaprezentowała się bardzo stylowo. Zaczęła zresztą piosenką ze swej pierwszej, mocno bluesowo / folkowej płyty, jakby nawiązując do twórczości gwiazdy wieczoru.
 Edyta w pofestiwalowych wywiadach zaznaczała, że wychowała się na podobnej muzyce, dlatego sama szybko uciekła pod scenę, by rozkoszować się koncertem Claptona. Zdążyła wcześniej zabisować, co ucieszyło i ją, i publiczność. Chyba taką właśnie Edytę chcielibyśmy oglądać - pełną radości, z piosenkami, które po prostu wpadają w ucho.

Chociaż straszyło od południa deszczem i wydawało się, że pogoda nie dopisze, niebiosa zlitowały się i słońce zaczęło nieśmiało uśmiechać się na przywitanie Mistrza. Do Oświęcimia przyjechali fani z całej Polski i nie tylko. Zachwycałem się na wstępie Claptonem

choć muszę dodać, że nie jestem jego fanem, a twórczość brytyjskiego gitarzysty (wstyd się przyznać) znam wybiórczo. Lepiej orientuję się w dokonaniach zespołu Cream, niż w solowej działalności Erica. Ale to co zrobił, to był majstersztyk. Jakbym znalazł się na niezależnym festiwalu bluesowych legend gdzieś w Chicago. Wiem, jest taki. I mam cholerną ochotę się tam wybrać.

Zaczął mocno, z fenderem w ręku, z pasją. "Somebody Knocking On My Door" na wstępie i już wiedziałem, że będzie pięknie. 





Muddy Waters musiał uśmiechnąć się gdzieś z niebiańskiej chmurki, gdy usłyszał "Hoochie Coochie Man" w wykonaniu Erica. Riff, który słyszało się setki razy, działa wciąż z wielką siłą. Zresztą starzy bluesmani, z B.B. Kingiem na czele, doceniali kawał dobrej roboty, jaką zrobili młodzi Brytyjczycy w latach 60. w kwestii popularyzacji czarnej muzyki ze Stanów. To był popis i sama radość dla wszystkich miłośników chicagowskiego elektrycznego bluesa.



Potem Clapton zmienił nieco klimat, zasiadł na stołeczku, wziął do ręki gitarę akustyczną i zaczął ją pieścić, z miłością, subtelnym oddaniem, szczerym uczuciem.

Nie musiał się popisywać, wycinać nieziemskich solówek. Tutaj każda nuta miała swój sens, a raczej Sens. Usłyszeliśmy m.in. "Laylę" w wydaniu, podobnym do tej, jak z płyty "Unplugged", choć jeszcze bardziej kameralną. Pewnie niektórzy woleliby wersję hard rockową, ale Clapton był konsekwentny tego dnia - wybrał inny klimat i tego się trzymał. Do tego podszyty lekko jamajskim rytmem "Tears In Heaven", jak zawsze wzruszający. Coś wprost z delty Mississippi, czyli stary blues Roberta Johnsona - "Little Queen Of Spades". Bajka.



Potem powrócił do gitary elektrycznej i dalej czarował. On sam w dżinsach i koszuli, rzucający jedynie do publiczności lakoniczne "Thanks!", bez wdzięczenia się na "dzienkuja" i komplementowanie polskiej wódki. Nie musiał tego robić, by dotrzeć do serc zebranych. Podobnie jak grający z nim muzycy, którzy w dodatku świetnie śpiewają. Paul Carrack za klawiszami wyręczył Erica przy okazji "How Long". Znakomity był gospelowy chórek złożony z ciemnoskórych wokalistek. Utwory wzbogacone zostały oczywiście o solówki muzyków - miód na uszy, ten Hammond, te gitary. Gdy zakończyli mocnym akcentem, zagranym z werwą przebojowym "Cocaine", wydawało się, że schodzą ze sceny, by dać słuchaczom tylko chwilę wytchnienia. Niestety, to było już koniec. Eric wyszedł jeszcze wraz z zespołem, by zagrać na bis "High Time We Went" i pożegnał się na dobre z publicznością. Cóż, lepiej czuć lekki niedosyt, niż przesyt.
Jeden z młodych ludzi, który był na tym koncercie napisał na facebooku: "Clapton jest co prawda Bogiem, ale dzisiaj na koncercie był najwyżej księdzem proboszczem". Uśmiechnąłem się w duchu, czytając tę opinię. Dawniej, jako młodzian, pewnie sam oczekiwałbym od blues rockowego Boga, że sypnie z wysokości sceny gromem, oczywiście gitarowym. Nic z wielkich kawałków Cream. Zabrakło kilku przebojów. A jednocześnie nic nie brakowało temu koncertowi. Clapton nie chciał niczego udowadniać. Nie musiał. Był Bogiem pełnym subtelności i wyczucia. Pokazał, że blues to muzyka duszy, która rodzi się z bólu istnienia, by koić go skutecznie. Moją duszę dotknął dźwiękami swej gitary, zsyłając radość, za co mu dzięki.

Całość recenzji Pawła Lacha na portalu Rock Magazyn 
*********************************************************************************************
Ps. końcowe od Kodera Porównawczo polecam posta z blog and rolla z recenzjami SoundgardenClaptona i nie tylko.
Dzięki Pawle i Darku za możliwość skorzystania z waszych talentów!